Problem zaczyna się wtedy, kiedy rzeczywistość się zmienia, a my nadal działamy tak, jakby stara decyzja była aktualna.
Wtedy pojawia się napięcie. Coś zaczyna uwierać. Praca nie daje już tej samej satysfakcji. Projekt, który kiedyś miał sens, zaczyna drenować energię. Styl działania, który przez lata działał, przestaje być skuteczny. Relacje zaczynają trzeszczeć. Organizm wysyła sygnały ostrzegawcze. Firma nie wyrabia na zakrętach. A my często robimy to, co najłatwiejsze: jęczymy, narzekamy, szukamy winnych albo próbujemy jeszcze mocniej cisnąć tym samym sposobem.
Tymczasem możliwe jest inne podejście: redecydowanie.
Redecyzja to świadome ponowne podjęcie decyzji w sprawie, która już kiedyś została rozstrzygnięta. To nie jest przypadkowa zmiana. To nie jest impulsywne wywrócenie stolika. To nie jest „rzucam wszystko i jadę w Bieszczady”, bo mam gorszy dzień.
To dorosłe zatrzymanie się i sprawdzenie: czy decyzja, według której żyję albo działam, nadal mi służy?
Czym jest coaching, a czym nie jest?
Zanim przejdziemy do samej redecyzji, warto uporządkować pojęcie coachingu, bo w polskim biznesie — szczególnie w środowiskach technologicznych — słowo „coaching” bywa obciążone negatywnymi skojarzeniami.
Często wrzuca się coaching do jednego worka z mówcami motywacyjnymi, hasłami w stylu „możesz wszystko”, pseudopsychologią albo biznesowym bullshitem. To uproszczenie.
Profesjonalny coaching nie jest terapią, szkoleniem, doradztwem ani motywacyjnym wystąpieniem. Nie jest też magiczną różdżką na wszystkie problemy. Jest metodą pracy, która może być skuteczna wtedy, kiedy klient ma już pewną wiedzę, zasoby i umiejętności, ale potrzebuje przestrzeni do myślenia, uporządkowania tematu i zobaczenia swojej sytuacji z innej perspektywy.
Dobrze prowadzony coaching nie polega na dawaniu gotowych rad. Polega raczej na tworzeniu warunków do tego, żeby klient sam zobaczył więcej, pomyślał głębiej i podjął bardziej świadomą decyzję.
Można powiedzieć, że profesjonalny coach jest sparingpartnerem dla procesów myślowych. Zadaje pytania, które bywają niewygodne, ale nie są przemocowe. Pomaga zejść z autopilota. Nie robi za klienta pracy, ale pomaga mu zobaczyć, gdzie jego dotychczasowy sposób myślenia może go ograniczać.
Coaching, couching i czołging
Dobrze rozróżnić trzy zjawiska, które bywają mylone.
Pierwsze to couching — od angielskiego „couch”, czyli kanapa. To sytuacja, w której rozmowa jest miła, wygodna i przyjemna, ale niekoniecznie prowadzi do realnego namysłu albo zmiany. Jest ciepło, sympatycznie, bezpiecznie, ale zbyt komfortowo, żeby naprawdę coś poruszyć.
Drugie to czołging — czyli przejechanie klienta czołgiem pod przykrywką coachingu. To sytuacja, w której ktoś używa języka rozwoju, ale w praktyce krytykuje, zawstydza, dociska albo próbuje „naprawiać” drugą osobę z pozycji wyższości. To nie ma nic wspólnego z profesjonalnym coachingiem.
Pomiędzy tymi skrajnościami jest właściwy coaching: rozmowa oparta na szacunku, etyce, uważności i odpowiedzialności. Nie musi być wygodna, ale nie powinna być raniąca. Może zmęczyć intelektualnie, ale nie powinna zostawiać klienta z poczuciem upokorzenia.
Coach nie ma być lubiany za wszelką cenę. Ma być użyteczny. Ma pomagać myśleć.
Dlaczego coaching myli się z wystąpieniami motywacyjnymi?
Coaching bywa mylony z wystąpieniami motywacyjnymi głównie dlatego, że czasami te role pełnią te same osoby. Ktoś może być coachem, trenerem, konsultantem, moderatorem i mówcą. To nie znaczy jednak, że te role są tym samym.
Mówca motywacyjny ma najczęściej inspirować, poruszać, wzmacniać energię i uruchamiać chęć działania. Dobry mówca motywacyjny może bazować na wiedzy, badaniach i doświadczeniu. Sama rola nie jest zła.
Coach pracuje inaczej. Nie przemawia do grupy po to, żeby ją zmotywować. Pracuje z osobą albo zespołem nad konkretnym tematem, pytaniem, decyzją, napięciem albo celem. Jego narzędziem nie jest wystąpienie, tylko proces.
To istotne rozróżnienie, bo redecyzja często wymaga właśnie procesu. Nie wystarczy usłyszeć inspirujące zdanie. Trzeba sprawdzić, co naprawdę wymaga zmiany, dlaczego, po co, w jaki sposób i z jakimi konsekwencjami.
Czym jest redecyzja?
Redecyzja to ponowne podjęcie decyzji w sprawie, która już kiedyś została zdecydowana — świadomie albo nieświadomie.
Ten koncept wywodzi się między innymi z analizy transakcyjnej. W praktycznym rozumieniu chodzi o moment, w którym jako osoba dorosła przestaję wyłącznie narzekać na przeszłość, rodzinę, szkołę, poprzednich szefów, system albo okoliczności, i biorę odpowiedzialność za to, co dalej.
Nie chodzi o udawanie, że przeszłość nie ma znaczenia. Ma. Ale redecyzja polega na tym, że nie oddajemy jej pełnej kontroli nad przyszłością.
Można to ująć tak:
Kiedyś podjąłem decyzję — albo ktoś, coś lub życie podjęło ją za mnie. Dzisiaj sprawdzam, czy nadal chcę według niej żyć i działać.
Redecyzja różni się od zwykłej decyzji tym, że dotyczy sprawy już osadzonej w naszym życiu. Decyzja może dotyczyć czegoś nowego. Redecyzja dotyczy czegoś, co już ma historię, ciężar, konsekwencje i przyzwyczajenia.
Przykłady redecyzji:
- przez lata pracowałem w określony sposób, ale już wiem, że ten model mnie wypala;
- zbudowałem firmę na jednym typie klientów, ale rynek się zmienił;
- przyjąłem rolę menedżera, ale odkrywam, że nie chcę dalej działać w ten sam sposób;
- mieszkam w kraju, w którym się urodziłem, ale świadomie wybieram inny sposób życia;
- zawsze reagowałem na zmianę oporem, ale widzę, że ten opór zaczyna mi szkodzić.
Redecyzja jest więc aktualizacją własnego systemu operacyjnego.
Cztery elementy redecyzji
Proces redecyzji można rozłożyć na cztery elementy.
1. Cel zmiany
Pierwsze pytanie brzmi: po co chcę to zmienić?
Nie tylko: dlaczego jest mi źle? To ważne pytanie, ale dotyczy głównie przeszłości i źródeł obecnego napięcia. Pytanie „po co?” kieruje uwagę w przyszłość. Pomaga sprawdzić, jaką wartość ma przynieść zmiana.
Warto więc zapytać:
- Co ma być inaczej?
- Po czym poznam, że zmiana była dobra?
- Jaką wartość chcę uzyskać?
- Kim chcę się stać dzięki tej zmianie?
- Co się wydarzy, jeśli niczego nie zmienię?
Bez tego łatwo wpaść w zmianę dla samej zmiany.
2. Wiedza o sobie i własnych skryptach
Drugi element to sprawdzenie, z czym w ogóle przychodzę do tej decyzji.
Każdy z nas ma swoje oprogramowanie startowe: przekonania, style myślenia, skrypty, nawyki, wartości, sposoby reagowania na stres, preferencje komunikacyjne i poznawcze. Część z nich nam pomaga. Część kiedyś pomagała, ale dzisiaj przeszkadza.
W tym miejscu przydają się narzędzia diagnostyczne, autorefleksja, coaching, analiza transakcyjna, FRIS® albo inne metody pracy z samoświadomością. Nie po to, żeby się zaszufladkować. Po to, żeby wiedzieć, z czym realnie pracujemy.
Jeśli nie wiem, jaki mam aktualny system operacyjny, trudno mi go świadomie aktualizować.
3. Konkret: co wymaga zmiany?
Trzeci element to zejście z poziomu ogólników.
„Muszę zmienić życie” brzmi potężnie, ale jest zbyt szerokie. „Muszę inaczej planować pracę, bo mój obecny model prowadzi do przemęczenia” jest już konkretniejsze.
Redecyzja wymaga pytania: co dokładnie wymaga zmiany?
Nie zawsze trzeba zmieniać wszystko. Czasami problemem nie jest cała praca, tylko sposób zarządzania energią. Nie cała relacja, tylko jeden nieprzegadany temat. Nie cała firma, tylko model komunikacji. Nie całe życie, tylko decyzja, która kiedyś była dobra, a dzisiaj przestała działać.
4. Sposób zmiany
Czwarty element to pytanie: jak to zrobić?
Nie każdą zmianę trzeba przeprowadzać samodzielnie. Czasami wystarczy książka, podcast, rozmowa z zaufaną osobą albo własna refleksja. Czasami potrzebny jest coach, terapeuta, konsultant, mentor, doradca, lekarz, prawnik albo ktoś, kto pomoże bezpiecznie przejść przez zmianę.
Dorosłość nie polega na tym, że wszystko robimy sami. Polega również na tym, że umiemy dobrać właściwe wsparcie do właściwego problemu.
Redecyzja jako antidotum na jęczing
Redecyzja może być antidotum na jęczing — czyli stan, w którym narzekamy, ale nie bierzemy odpowiedzialności za zmianę.
Każdy czasem narzeka. Problem zaczyna się wtedy, kiedy narzekanie staje się główną strategią działania. Mówimy, że jest źle, ale nie sprawdzamy, co możemy zrobić. Opowiadamy, kto zawinił, ale nie zadajemy sobie pytania, jaką decyzję możemy podjąć teraz.
Redecyzja przesuwa nas z pozycji: „tak już jest” do pozycji: „co mogę z tym zrobić jako osoba dorosła?”.
Nie chodzi o naiwny optymizm. Chodzi o sprawczość. O przekonanie, że nawet jeśli nie mam wpływu na wszystko, to prawdopodobnie mam wpływ na coś.
Przykład: kiedy organizm mówi „dość”
Jednym z najmocniejszych przykładów redecyzji jest sytuacja graniczna, w której ciało mówi to, czego człowiek długo nie chciał usłyszeć.
Można przez lata działać w trybie wysokiej wydajności: podróżować, prowadzić projekty, pracować po nocach, wcześnie wstawać, ignorować zmęczenie i zakładać, że organizm nadal działa tak, jak 20 lat wcześniej. Tylko że nie działa.
Przychodzi moment, w którym ciało wystawia rachunek.
Pobyt w szpitalu, skrajne wyczerpanie, poważny kryzys zdrowotny — to może być brutalna ściana. Wtedy redecyzja przestaje być eleganckim konceptem rozwojowym, a staje się pytaniem o przetrwanie: jak mam dalej pracować, żeby się nie zajechać?
Taka redecyzja może dotyczyć modelu pracy, liczby projektów, sposobu podróżowania, relacji z klientami, granic, regeneracji i definicji profesjonalizmu.
Bo profesjonalizm nie polega na tym, że dowozimy kosztem zdrowia. Profesjonalizm polega też na tym, że umiemy działać długofalowo.
Czy trzeba dojść do ściany?
Nie. I lepiej nie czekać.
Często sygnały pojawiają się wcześniej: zmęczenie, drażliwość, spadek sensu, powtarzające się konflikty, brak satysfakcji, problemy zdrowotne, napięcie w relacjach, chroniczne odkładanie ważnych rzeczy, poczucie utknięcia.
Problem polega na tym, że łatwo je ignorować. Szczególnie jeśli dotychczasowa decyzja dawała nam sukces. To pułapka: skoro coś kiedyś działało, zakładamy, że powinno działać dalej.
Redecyzja wymaga odwagi, żeby powiedzieć: to, co było dobre kiedyś, może nie być dobre teraz.
Przykład: zmiana kraju, ale nie ucieczka
Redecyzja może dotyczyć również miejsca życia. Nikt z nas nie wybiera kraju urodzenia. Nie wybieramy języka, w którym zaczynamy mówić. Nie wybieramy pierwszego kulturowego systemu operacyjnego.
Ale jako osoby dorosłe możemy świadomie sprawdzić: czy nadal chcę żyć właśnie tutaj? Czy ten model życia jest mój? Czy mogę pracować inaczej? Czy mogę prowadzić biznes międzynarodowo? Czy moi klienci zaakceptują zmianę formy współpracy?
Taka redecyzja nie musi być ucieczką. Może być świadomym eksperymentem.
Ważne jest jednak to, że każda redecyzja może mieć koszt. Jeśli przedsiębiorca decyduje się pracować zdalnie z innego kraju, część klientów może nie zaakceptować tej formy. Część może odejść. To trzeba przyjąć.
Ale może wydarzyć się też coś innego: klienci mogą powiedzieć, że chcą kontynuować współpracę online.
Czasami nie znamy odpowiedzi tylko dlatego, że nigdy nie zadaliśmy pytania.
Decyzja a redecyzja
Warto wyraźnie rozróżnić decyzję od redecyzji.
Decyzja dotyczy czegoś, co pojawia się jako nowy temat.
Redecyzja dotyczy czegoś, co już jest częścią naszego życia, pracy albo tożsamości.
Jeśli ktoś nigdy nie prowadził firmy i postanawia ją założyć, podejmuje decyzję. Jeśli prowadzi firmę od 10 lat w określonym modelu i świadomie zmienia sposób jej działania, podejmuje redecyzję.
Jeśli ktoś po raz pierwszy wybiera zawód, podejmuje decyzję. Jeśli po latach pracy w tej roli sprawdza, czy nadal chce nią żyć, podejmuje redecyzję.
Redecyzja niesie w sobie element aktualizacji. Mówi: kiedyś było tak, ale dzisiaj mam nowe dane, nowe doświadczenia, inną świadomość i być może inne potrzeby.
Nawyki i tożsamość
Redecyzja jest blisko związana z nawykami. Jesteśmy chodzącymi systemami nawyków. Większość codziennych działań nie wynika z głębokiej analizy, tylko z automatyzmów.
Dlatego zmiana nawyków jest trudna. Nie wystarczy powiedzieć: od jutra będę robić inaczej.
Skuteczniejsze jest pytanie: kim chcę się stawać?
Jeśli celem jest „będę codziennie ćwiczyć”, łatwo odpaść po kilku dniach. Jeśli głębsza redecyzja brzmi: „staję się osobą, która dba o zdrowie”, codzienne ćwiczenie staje się konsekwencją tożsamości, a nie tylko zadaniem do odhaczenia.
Podobnie w pracy. Jeśli ktoś chce „lepiej zarządzać czasem”, może zacząć od technik i aplikacji. Ale głębiej pytanie brzmi: kim chcę być jako profesjonalista? Osobą wiecznie przeciążoną? Osobą, która dowozi kosztem wszystkiego? Czy osobą, która umie zarządzać sobą w czasie, energią i priorytetami?
Nawyki są skutkiem tożsamości. Dlatego redecyzja często musi wydarzyć się głębiej niż na poziomie listy zadań.
Redecyzja a FRIS®: zmieniam i chronię
Różni ludzie różnie reagują na zmianę. Dla jednych zmiana jest naturalna, ciekawa i energetyzująca. Dla innych jest obciążająca, ryzykowna i wymagająca oswojenia.
W języku FRIS® można powiedzieć, że część osób ma silniejszą perspektywę „zmieniam”, a część silniejszą perspektywę „chronię”.
Osoby z łatwością do zmieniania często szybko widzą alternatywy. Lubią testować, eksperymentować, piwotować, redefiniować i przestawiać elementy rzeczywistości. Jeśli długo nic się nie zmienia, zaczynają się nudzić.
Osoby z mocniejszą perspektywą chronienia częściej pytają: po co zmieniać coś, co działa? Co stracimy? Jak zabezpieczymy ryzyka? Czy ta zmiana jest naprawdę potrzebna? Czy nie niszczymy czegoś wartościowego?
Żadna z tych perspektyw nie jest lepsza ani gorsza. Obie są potrzebne.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy ludzie nie rozumieją, z jakiej perspektywy działa druga strona. Osoba nastawiona na zmianę może odbierać osobę chroniącą jako hamulcową. Osoba chroniąca może odbierać osobę zmieniającą jako chaotyczną i nieodpowiedzialną.
W procesie redecyzji warto wiedzieć, z kim rozmawiamy. Ta sama propozycja zmiany wymaga innego języka, jeśli trafia do osoby, która naturalnie eksploruje, i innego, jeśli trafia do osoby, która potrzebuje bezpieczeństwa, danych i stopniowego oswajania.
Neuroplastyczność: nie wszystko jest wyryte w kamieniu
To, że mamy określony pakiet startowy, nie znaczy, że jesteśmy na niego skazani.
Neuroplastyczność mózgu oznacza, że możemy się uczyć, zmieniać, nadbudowywać nowe sposoby działania i reagowania. Styl myślenia może być bardziej stabilny, ale styl działania może się rozwijać.
Można użyć prostej metafory: styl myślenia jest trochę jak wzrost albo kolor oczu. Styl działania jest bardziej jak kondycja, fryzura albo znajomość języka obcego. Nie wszystko zmienimy równie łatwo, ale wiele rzeczy możemy trenować.
Osoba, która naturalnie chroni, może nauczyć się przechodzić przez zmianę. Osoba, która naturalnie zmienia, może nauczyć się zatrzymywać i sprawdzać konsekwencje.
To ważne, bo redecyzja nie jest zarezerwowana dla ludzi, którzy lubią wywracać stolik. Może być również spokojnym, przemyślanym, ewolucyjnym procesem.
Kiedy powiedzieć „dość”?
Nie ma jednego uniwersalnego momentu. „Dość” zależy od samoświadomości, kontekstu, odporności, etapu życia i kosztu dalszego trwania w starej decyzji.
Czasami „dość” pojawia się dopiero wtedy, kiedy ciało, relacja, biznes albo zdrowie psychiczne zaczyna się sypać. Ale im większa samoświadomość, tym wcześniej można wyłapać sygnały ostrzegawcze.
„Dość” może oznaczać dwie rzeczy.
Po pierwsze: dość starego sposobu działania. Czas na redecyzję.
Po drugie: dość ciągłego zmieniania. Czas przestać piwotować i pozwolić decyzji się ukonstytuować.
To drugie jest szczególnie ważne dla osób, które lubią zmianę. Zmiana też może stać się ucieczką. Można tak często redefiniować rzeczywistość, że żadna decyzja nie ma czasu przynieść efektów.
Dlatego redecyzja nie polega na tym, żeby wszystko stale zmieniać. Polega na tym, żeby świadomie sprawdzać, kiedy zmiana jest potrzebna, a kiedy potrzebna jest konsekwencja.
Ekologia celu: czy ta decyzja nie zniszczy czegoś ważnego?
W coachingu często używa się pojęcia ekologii celu. Chodzi o sprawdzenie, jak dana decyzja wpłynie na cały system: na mnie, moich bliskich, zespół, firmę, zdrowie, relacje, finanse i przyszłość.
Ktoś może mieć pozornie świetny cel: zbudować dom, rozwinąć firmę, wejść w nowy projekt, awansować, zwiększyć skalę działania. Tylko że cel może być nieekologiczny, jeśli jego realizacja niszczy coś, co dla tej osoby jest równie ważne albo ważniejsze.
Przykład: osoba decyduje, że zbuduje dom dla rodziny. Brzmi dobrze. Ale jeśli realizacja tego projektu oznacza kolejny wielki wysiłek, nieobecność, przeciążenie i konflikt z partnerką, która potrzebuje nie domu, tylko obecności — cel przestaje być jednoznacznie dobry.
W redecyzji warto więc pytać:
- Jak ta decyzja wpłynie na mnie?
- Jak wpłynie na moich bliskich?
- Jak wpłynie na mój zespół?
- Jak wpłynie na moje zdrowie?
- Co zyskam?
- Co mogę stracić?
- Czy koszt nie będzie wyższy niż deklarowana wartość?
Nie chodzi o to, żeby rezygnować z ambicji. Chodzi o to, żeby nie mylić ambicji z ignorowaniem konsekwencji.
Output i outcome: czy odhaczamy zadania, czy dowozimy wartość?
W świecie technologii często mówi się o różnicy między outputem a outcome’em.
Output to wykonany efekt: funkcjonalność, dokument, spotkanie, decyzja, kod, raport, wdrożenie.
Outcome to wartość, która z tego wynika: rozwiązany problem, lepsze doświadczenie użytkownika, większa skuteczność, mniejsze ryzyko, lepsza współpraca.
W kontekście redecyzji to rozróżnienie jest kluczowe.
Można odhaczać kolejne zadania i jednocześnie iść w złym kierunku. Można skutecznie realizować outputy, które nie prowadzą do właściwego outcome’u. Można budować dom, który miał wzmocnić rodzinę, a w praktyce pogłębia jej rozpad. Można wdrażać narzędzia, które miały usprawnić firmę, a w praktyce zwiększają chaos.
Redecyzja wymaga zatrzymania i sprawdzenia: czy to, co robię, naprawdę prowadzi do wartości, o którą mi chodzi?
Mądrze postać zamiast głupio biegać
Jedną z najlepszych metafor redecyzji jest wejście na balkon.
Na co dzień jesteśmy na parkiecie. Tańczymy, działamy, reagujemy, odpisujemy, dowozimy, spotykamy się, rozwiązujemy bieżące problemy. To jest potrzebne. Nie można całego życia spędzić na balkonie, patrząc z góry i analizując.
Ale jeśli nigdy nie wchodzimy na balkon, tracimy perspektywę. Nie widzimy, czy parkiet jeszcze istnieje. Nie widzimy, czy gramy z właściwymi ludźmi. Nie widzimy, czy muzyka, do której tańczymy, nadal jest nasza.
Redecyzja wymaga regularnego wejścia na balkon.
Nie po to, żeby analizować bez końca. Po to, żeby sprawdzić: czy kierunek, w którym idę, nadal ma sens?
Czasami lepiej mądrze postać niż głupio biegać.
Dane wejściowe trzeba aktualizować
Jednym z największych zagrożeń w podejmowaniu redecyzji są stare dane.
Ludzie często podejmują decyzje na podstawie przekonań, które kiedyś były aktualne, ale dzisiaj już nie są. Dotyczy to biznesu, pracy, relacji, rynku, technologii i własnej tożsamości.
Kiedyś klient mógł mówić, że interesuje go wyłącznie współpraca stacjonarna. Dzisiaj może akceptować online. Kiedyś dana technologia była ryzykowna. Dzisiaj jest standardem. Kiedyś jakiś model pracy działał. Dzisiaj prowadzi do wypalenia. Kiedyś wiedzieliśmy, że Pluton jest planetą. Dzisiaj klasyfikacja jest inna.
Złe dane na wejściu dają złe decyzje na wyjściu.
Dlatego redecyzja wymaga aktualizowania informacji:
- Co wiem?
- Skąd to wiem?
- Czy to nadal aktualne?
- Czy mam dane, czy tylko przekonania?
- Czy pytam ludzi, których decyzja dotyczy?
- Czy moje założenia nie są przeterminowane?
To jest miejsce na myślenie krytyczne. Nie po to, żeby wszystko podważać dla zasady, ale po to, żeby nie budować przyszłości na nieaktualnej mapie.
Podsumowanie
Redecyzja to świadome ponowne podjęcie decyzji w sprawie, która już kiedyś została zdecydowana. To umiejętność szczególnie ważna w świecie, który zmienia się szybciej niż nasze przyzwyczajenia.
Nie chodzi o ciągłe wywracanie życia do góry nogami. Chodzi o dojrzałe sprawdzanie, czy dotychczasowy sposób działania nadal służy nam, naszym relacjom, pracy, zdrowiu i przyszłości.
Proces redecyzji warto oprzeć na czterech pytaniach:
- Po co chcę coś zmienić?
- Co wiem o sobie, swoich skryptach i aktualnym sposobie działania?
- Co konkretnie wymaga zmiany?
- Jak przeprowadzę tę zmianę i czy potrzebuję wsparcia?
Redecyzja wymaga samoświadomości, odwagi, aktualnych danych i gotowości do spojrzenia na siebie bez nadmiernego jęczenia, ale też bez brutalnego dociskania siebie do ściany. Czasami życie zmusi nas do redecyzji. Zdrowie, relacje, firma albo rynek powiedzą „dość” za nas. Lepiej jednak nauczyć się mówić „dość” wcześniej — świadomie, spokojnie i odpowiedzialnie.